harira

Harira, czyli co przywiozłam z Maroka

Jesteście jeszcze przed wakacjami, po, czy też może w trakcie? Ja niestety już po i wciąż nie mogę dojść do siebie 🙂 Całkowicie wypadłam z rytmu, a teraz bardzo trudno mi ponownie w niego wejść. Szczególnie, że wróciłam do odrobinę nowej rzeczywistości – zmieniłam pracę, więc czekają na mnie nowe obowiązki, ludzie, otoczenie. A tymczasem moje ciało buntuje się, kiedy każę mu wcześnie wstawać oraz jeść regularnie i zdrowo. Z całą stanowczością domaga się cukru i glutenu, czyli składników, którymi karmiłam je przez dwa tygodnie w Maroku.

Na wakacjach całkowicie zrezygnowałam z trzymania przeciwzapalnej diety. Po pierwsze dlatego, że zawsze za granicą staram się jeść lokalnie i próbować nowych smaków. Po drugie: w Maroku po prostu nie miałam zbyt dużego wyboru. Króluje tam chleb dodawany do praktycznie każdego posiłku, cukier – szczególnie ten w przepysznej i aromatycznej herbacie miętowej, a także mięso w tadżinach. Oczywiście mogłam wybrać wegetariański tadżin, ale ten był po prostu niesmaczny – niedoprawiony i rozgotowany.

Niestety, pod względem jedzenia Maroko nas rozczarowało. Ten kraj ma wiele cudownych aspektów: przepiękne widoki, niesamowitą przyrodę, interesującą kulturę, ale gotować to oni nie potrafią! Być może mieliśmy wyjątkowego pecha, ale większość potraw, które próbowaliśmy była po prostu słabej jakości i niezbyt smaczna. Szczególnie kiepsko pod tym względem wypadł Marrakesz, sytuacja znacznie poprawiła się nad morzem, w miasteczku Essaouira. Być może w innych częściach Maroka sytuacja wygląda inaczej, ale w Marrakeszu wyjątkiem od reguły były jedynie mięsne tadżiny (szczególnie te z jagnięciną), wszystkie mączne wyroby oraz słodycze, no i oczywiście świeżo wyciskane soki owocowe – czyli dokładnie wszystko, czego nie powinnam jeść! Rozumiecie więc, dlaczego na dwa tygodnie porzuciłam dietę 🙂

Była jedna rzecz, która szczególnie mnie rozczarowała: zupa z ciecierzycą i soczewicą, czyli legendarna harira. Przed wyjazdem sporo czytałam na temat kuchni marokańskiej i harira jawiła się jako idealna opcja dla wegetarianki z RZS-em: naładowana proteinami, sycąca, pyszna. Jakże wielkie było moje rozczarowanie, kiedy na miejscu okazało się, że… harira nie ma smaku i przypomina po prostu rozgotowaną papkę z cieciorki i warzyw. Nie pogodziłam się z tym i jedną z pierwszych potraw, jakie ugotowałam po powrocie, była właśnie harira, ale w mojej wersji: mocno pomidorowej, pikantnej i kwaśnej. Mam nadzieję, że i wam będzie smakować. Nawet jeśli jest nie do końca marokańska

Składniki (na 6 porcji):

2 ząbki czosnku
1 duża cebula
1 czerwona papryka
3 łyżki oliwy z oliwek
1 łyżeczka ziaren kuminu
1 łyżeczka ziaren kolendry
1 liść laurowy
2 ziarenka ziela angielskiego
1/3 łyżeczki kurkumy
½ łyżeczki ostrej papryki
½ łyżeczki cynamonu
1 puszka pomidorów (lub ok. 400 g świeżych pomidorów pokrojonych na kawałki)
1 i ½ litra wody
10 łyżek passaty pomidorowej
½ szklanki zielonej ciecierzycy
1 puszka ciecierzycy lub 1 szklanka ugotowanej ciecierzycy
10 daktyli
1 limonka
sól i pieprz do smaku
świeża kolendra

Czosnek i cebulę posiekać, paprykę i daktyle pokroić na drobne kawałki. W dużym garnku rozgrzać oliwę, dodać cebulę z czosnkiem, a po chwili paprykę. Smażyć kilka minut, cały czas mieszając, żeby warzywa się nie przypaliły. Dodać wszystkie przyprawy, zamieszać i smażyć przez 30 sekund, aż uwolnią swój aromat. Dodać pomidory, posolić, przykryć i dusić przez 5-7 minut.

Po tym czasie zalać pomidory wodą, dodać soczewicę, przykryć i gotować przez ok. 25 minut, aż soczewica będzie miękka. Dodać passatę pomidorową, spróbować i ewentualnie doprawić zupę do smaku. Na koniec dodać daktyle i ciecierzycę. Zostawić na ogniu jeszcze kilka minut. Na koniec dodać odrobinę soku z limonki.